Dziś, w tę leniwą i deszczową niedzielę, zabieram Was do mini galerii z pracami Lovisy Burfitt. Ta szwedzka projektantka i ilustratorka ukończyła Szkołę Mody Beckmansa, a następnie otrzymała zaproszona do prestiżowej Królewskiej Akademii Sztuk w Sztokholmie. Od 2002 roku pracuje i mieszka na stałe w Paryżu. Jej portfolio jest imponujące, Lovisa rysowała dla H&M, Din Sko, Liberty, Procter & Gamble, włoskiego domu handlowego – La Rinascente, dla Absolut Vodka i domu mody Kenzo. Jej prace regularnie zdobią łamy takich czasopism jak Vogue, Elle, Grazia, Milk i Sunday Times.
Oglądając jej ilustracje nie sposób odnieść wrażenia, że jej charakterystyczna kreska wynika z inspiracji twórczością Rene’ Gruau czy Davida Downtona. Kontury postaci są delikatne, ale zdecydowane, fantastyczny klimat odzwierciedlają dodatkowo eleganckie i niewymuszone pozy. Prace Burfitt przypominają mi też o twórczości jej rodaczki – Cecylii Lundgren, chociaż w ilustracjach Lovisy widać już silne wpływy paryskiego szyku i klasy.
Blogger czasami płata mi figle. Podobnie było z dzisiejszym postem, który w wersji nieukończonej pojawił się w sieci już w poniedziałek. Dziś publikuję go w pełnej krasie i zaczynam nietypowo, bo od łazienki:) Te, które oglądacie w szwedzkich mieszkaniach, nie zawsze wyglądają najlepiej. W Warszawie jest inaczej. W Warszawie są kolory, jest biel, granat i limonka, jest energetycznie i przytulnie. Po prostu fajnie. W takiej łazience z przyjemnością ładowałabym „akumulatory” na cały dzień. Architekci z Widawscy Studio, na niewielkiej powierzchni, stworzyli funkcjonalne i proste wnętrze w skandynawskim stylu z silnymi elementami kolorystycznymi. Barwa, która dominuje to zieleń w odcieniu limonki (znajdziecie ją nie tylko w łazience, ale też w salonie, w obiciu kanapy, na podłodze i w przedpokoju) i ciepła żółć, przypominająca trochę kolor banana. Za telewizorem zobaczycie paski w kolorach tęczy i wygodny fotel, przypominający ogromną poduchę. Aby ujarzmić nieco te soczyste kolory, architekci zdecydowali się na wykorzystanie ciepłego drewna i bieli. Jak Wam się podoba?
1. Złote kolczyki – Pippa Small; 2. okulary – Ray Ban; 3. żel do mycia L’Occitane The’ Vert; 4. zegarek – Nixon; 5. buty – Fye; 6. torebka – Modcloth; 7. stanik – H&M; 8. poduszka – Trina Turk; 9 – sweterek – Romwe; 10. siedzisko – Norma Ottoman
Jak zapewne pamiętacie, z wpisu o mojej przepastnej torebce, lubię głównie te torby, które pomieszczą dosłownie wszystko, od książek, przez kosmetyki, po komputer i buty. Nie, to wcale nie znaczy, że lubię być obładowanym wielbłądem z predyspozycjami do większego garba, ale lubię mieć poczucie, że wszystko co najważniejsze mam przy sobie. Torby marki Celine, Reed Krakoff czy Giorgio Armani pokazane w jednej z krótkich sesji zdjęciowych dla Harper’s Bazaar udowadniają, że duże jest piękne, ba! najpiękniejsze. Nie wiem jaka jest Wasza torebka marzeń, ale mój ideał znajduje się na wszystkich czterech zdjęciach. Obszerne, skórzane cuda do ręki, z silnie zarysowaną formą pozornie zwyczajnego shoppera (lub jak kto woli torby na zakupy), w kolorach pasujących do wszystkiego. Specjalnie nie sprawdzałam ich cen, żeby nie popsuć sobie (i Wam) radości z oglądania ich na zdjęciach. A prezentują się na nich wyjątkowo pięknie. Zresztą, przekonajcie się same.